sobota, 28 lutego 2009

Moje pierwsze urodzinki


Mamusia dzień przed imprezą udekorowała mieszkanie - zrobiła plakat na drzwi wejściowe i ozdobiła ścianę w pokoju. Trochę pojechała z balonami, bo kupiła z napisem "Happy 4th birthday" - ale będzie na zaś.
Goście zaczęli się zjeżdżać już w piątek - przyjechała babcia Irena i dziadek Józio. W sobotę z samego rana dołączyli babcia Ula i dziadek Julek, wujek Paweł i Wojtek i ciocia Mariola. W południe byliśmy już w komplecie - przyjechali babcia-pra Cecylia, wuja Tom, ciocia Madzia i Michalina. Impreza rozpoczęła się od pysznego obiadku (całe jedzonko przygotowała ciocia Mariola - było pyszne!). Zjadłem pięknie rosół z kaczki i kluseczki śląskie z sosikiem z rolad. Zgodnie z tradycją wybierałem fanty, które teoretycznie mają wskazać jakie mam zapędy na przyszłość. Ku radości zebranych wybrałem kolejno - książeczkę, kieliszek, forsę i różaniec.
Po obiadku był tort - piękny zielony garbus! Odśpiewano mi "Sto lat", a ja w podziękowaniu biłem ładnie gościom brawo:) Taki jestem gość, a co! Babcia odkroiła mi zderzak, który sam, własnoręcznie zjadłem. Wyglądałem interesująco po zakończeniu tej czynności:) Ale byłem szczęśliwy!
Dostałem piękne prezenty, stołeczek od prababci Celi, na którym siedziała jak sama była taka mała jak ja, samochód straży pożarnej, książeczki, ramki z moimi zdjęciami, kasę na fotelik samochodowy, misia, wóz farmerski, jeansy i koszulkę polo, stylowe literki tworzące moje imię i papugę z latarką.
Tego dnia, jak przystało na roczniaka, zachowywałem się wzorowo! Pięknie jadłem, byłem mega grzeczny, ładnie spałem - i tak już zostanie, postanowione!

wtorek, 10 lutego 2009

Urodziny mojej mamy


Było wesoło! Przyjechała ciocia Ola z wujkiem Łukaszem i Pawłem, ciocia Natalia z wujkiem Maćkiem, ciocia Monika z wujkiem Doniem i Oktawianem i wujek Artur. Część urodzin przespałem, ale potem bardzo ładnie się bawiłem z Oktawianem, a raczej obok niego, bo jeszcze nie wiemy jak się to robi wspólnie. Było bardzo wesoło przy robieniu zdjęć, ponieważ włączył się samowyzwalacz i pstrykał nam fotkę za fotką. Na zdjęciach mamy dosyć dziwne miny, a mama to już głośniej śmiać się nie mogła:)

czwartek, 5 lutego 2009

Mam 11 miesięcy


Jestem słodki. Potrafię dużo nowych, fajnych rzeczy. Stoję już całkiem stabilnie przy meblach, czasem jak się zapomnę to nawet bez trzymanki. Odkrywam również, że można się wspinać - podstawiam sobie zatem kosz na pranie i wchodzę na komodę w moim pokoju, wspinaczka po kanapie na ściankę gk również nie jest dla mnie specjalnym problemem.
Zacząłem również odkrywać różne ciekawostki otaczającego mnie świata. Wychodząc na klatkę schodową zawsze coś głośno opowiadam, bo na klatce jakoś inaczej słychać! Bardzo lubię chodzić po schodach. Czasem jak mi się nudzi mama zabiera mnie do naszej sąsiadki, pani Marii - tam biegam po całym mieszkaniu i pokazuję na światełko, żeby mi włączyli, ponieważ bardzo lubię się gapić centralnie w żarówkę. Lubię też stać na oknie i oglądać świat liżąc szybę (mniej wtedy bolą mnie dziąsełka). Z zabawek lubię samochodziki, piłeczkę i książeczki. Nauczyłem się wkładać paluszek do lejka, robić paluszkiem ET z ciocią Natalią i dawać całuski jak mnie ktoś ładnie poprosi.
Zaliczam coraz groźniejsze upadki prosto na głowę. Pierwszy taki zdarzył się w domu, drugi jak byliśmy z rodzicami w odwiedzinach u cioci Karoliny. Dostałem dużą piłę, zacząłem się na niej bujać i odpadłem do tyłu. U cioci Karoliny to się jeszcze poparzyłem, bo chciałem dotknąć halogenka...buu:(
Mam też dwa nowe ząbki - górne jedynki. Pierwszy wyrżnął się 11 lutego, drugi 26... Ciężko mi to idzie, boli i jestem marudny oraz słabo śpię - ale do tego to chyba moja mama zdążyła się już przyzwyczaić - ale się zdziwi, kiedy prześpię noc...pewnie pomyśli, że jestem chory.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Na saneczkach


Była piękna pogoda. Tata i dziadek Józio wzieli mnie na sanki. Najpierw ulepiliśmy bałwana (mojego pierwszego w życiu bałwanka), a następnie śmigaliśmy na saniach po okolicy. Tak mi się podobało, że zasnąłem:)

niedziela, 1 lutego 2009

Wesele wuja Toma


Jedziemy do Grotnik na wesele wuja Toma w tradycyjnym składzie, czyli pociągiem ja, mama i babcia Irena, samochodem tatuś. Wyglądam bosko! Rodzice kupili mi piękny gangol i jestem prawdziwy gość. Nie lubię tylko tej lejówki i staram się jej za wszelką cenę pozbyć:)

W kościele jest potrwornie zimno, dlatego nie zostajemy na mszy. Wracamy już po ceremonii, żeby posypać nowożeńców ryżem. Jest bardzo uroczyście, grają kobzy i skrzypce, jest kapela, ludzie w strojach tradycyjnych, przedszkolaki cioci Madzi, strażacy z OSP, gdzie pracuje wuja Tom. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jazda samochodem na salę. Urządziłem rodzicom prawdziwy cyrk! Podróż trwała wprawdzie dosyć długo, ponieważ jechaliśmy w kolumnie za wozem strażackim i resztą gości, a droga była z przeszkodami (bramki, gaszenie pożaru - bo jak to na wsi ludzie potrafią się bawić), ale po czasie stwierdzam, że jednak przesadziłem. Mama robiła co mogła, już nawet siedziałem z przodu i dalej wrzeszczałem...

Na szczęście na sali zachowywałem się bardzo ładnie. Tańczyłem z rodzicami, oglądałem pokaz tańca towarzyskiego, który bardzo mi się podobał, łowiłem rybki w akwarium, kosztowałem jedzenia weselnego i zasypiałem u mamusi na rękach przy tańcach-przytulańcach (ale jak tylko wchodziła ze mną na schody automatycznie się budziłem). Zasnąłem przed 23 i od tej pory pilnowali mnie dziadki. Wtedy rodzice mieli trochę luzu i wybawili się za wszystkie czasy.

Sto lat nowożeńcom!