Jedziemy do Grotnik na wesele wuja Toma w tradycyjnym składzie, czyli pociągiem ja, mama i babcia Irena, samochodem tatuś. Wyglądam bosko! Rodzice kupili mi piękny gangol i jestem prawdziwy gość. Nie lubię tylko tej lejówki i staram się jej za wszelką cenę pozbyć:)
W kościele jest potrwornie zimno, dlatego nie zostajemy na mszy. Wracamy już po ceremonii, żeby posypać nowożeńców ryżem. Jest bardzo uroczyście, grają kobzy i skrzypce, jest kapela, ludzie w strojach tradycyjnych, przedszkolaki cioci Madzi, strażacy z OSP, gdzie pracuje wuja Tom. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jazda samochodem na salę. Urządziłem rodzicom prawdziwy cyrk! Podróż trwała wprawdzie dosyć długo, ponieważ jechaliśmy w kolumnie za wozem strażackim i resztą gości, a droga była z przeszkodami (bramki, gaszenie pożaru - bo jak to na wsi ludzie potrafią się bawić), ale po czasie stwierdzam, że jednak przesadziłem. Mama robiła co mogła, już nawet siedziałem z przodu i dalej wrzeszczałem...
Na szczęście na sali zachowywałem się bardzo ładnie. Tańczyłem z rodzicami, oglądałem pokaz tańca towarzyskiego, który bardzo mi się podobał, łowiłem rybki w akwarium, kosztowałem jedzenia weselnego i zasypiałem u mamusi na rękach przy tańcach-przytulańcach (ale jak tylko wchodziła ze mną na schody automatycznie się budziłem). Zasnąłem przed 23 i od tej pory pilnowali mnie dziadki. Wtedy rodzice mieli trochę luzu i wybawili się za wszystkie czasy.
Sto lat nowożeńcom!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz